CO I GDZIE WARTO ZJEŚĆ W GRUZJI? CZĘŚĆ 2

Gruzińska kuchnia jest tak bogata, że ciężko zamknąć w jednym poście wszystkie najciekawsze miejsca i potrawy, dlatego poniżej przedstawiam drugą część moich poleceń co warto zjeść w Gruzji. Jeśli przeoczyliście część pierwszą, nic straconego! Czeka tutaj 🙂

Lobio

Potrawa o równie nieapetycznym wyglądzie co kapitalnym smaku, więc nie dajcie się zwieść pozorom! Lobio to po gruzińsku fasola i pod ta nazwą zazwyczaj kryje się w pełni wegański zawiesisty gulasz, często z dodatkiem soku z granatu i oczywiście – ku mojemu utrapieniu – natki kolendry.. Lobio może też przyjąć formę podobną do pkhali, albo wylądować jako nadzienie khachapuri – wtedy mamy do czynienia z lobiani. Smaczne lobio znajdziecie w Mapshalia – knajpie skierowanej raczej do lokalnych smakoszy, z dużymi porcjami, obłędnym sokiem brzoskwiniowym, naprawdę niskimi cenami i…toaletą we wschodnim stylu (szlauch i otwór w podłodze). Jeśli nie odstrasza Was taki klimat, to zostaniecie ugoszczeni niczym u dawno niewidzianej, ulubionej cioci; do tego przy odrobinie szczęścia zajmiecie miejsce w niewielkiej wnęce, oddzielonej od reszty lokalu kowbojskimi drzwiami. To podobno mechanizm obronny Gruzinów – przy ich zamiłowaniu do biesiadowania obiady łatwo przeciągają się w późne śniadania, a taka odrobina prywatności zwiększa szansę na wyjście z lokalu o ludzkiej godzinie 🙂

Gdzie zjeść śniadanie?

Nawet w centrum miasta trudno znaleźć knajpkę, która będzie gotowa na przyjęcie gości przed 10 – co jednak zrobić, kiedy musimy coś rano zjeść, a nie mamy ochoty na wizytę w Starbucksie czy innej sieciówce? Warto rozejrzeć się za niewielkimi kioskami z wypiekami – są czynne już od wczesnych godzin, a za kilka lari dostaniemy w nich np. podgrzane khachapuri. Podgrzane razem z foliowym woreczkiem – sprzedawczyni nie była do końca przekonana, kiedy próbowaliśmy jej wytłumaczyć, że to nie jest najlepszy sposób, ale na naszą prośbę kolejny placek podgrzała już bez folii 😉

Kulinarny niewypał

Niestety, poza miejscami wartymi odwiedzenia, trafiła nam się też restauracja, na którą szkoda naszym zdaniem marnować czasu i pieniędzy. Cafe Littera w Tbilisi na pierwszy rzut oka wygląda pięknie, chociaż trudno do niej trafić bez podpytania lokalnych mieszkańców. Położona w ogrodzie na tyłach kamienicy, w centrum miasta, ale z dala od ulicznego zgiełku – co mogło pójść nie tak? Przede wszystkim obsługa. Jadąc do Gruzji trzeba wziąć poprawkę na nieco inne tempo pracy kelnerów, tutaj nikt się nie spieszy, na wszystko jest czas – ale czekanie 40 minut na podanie napojów to lekka przesada. Jeśli dodamy do tego burkliwych kelnerów, którzy chcieli nas usadzić na parkowej ławce (!), nie byli zainteresowani naszą opinią o zamówionych daniach i generalnie sprawiali wrażenie, jakby obsługiwali gości za karę, to punkt wyjścia jest dość słaby. Można jednak przeboleć beznadziejna obsługę, jeśli rekompensuje ją poziom kuchni – niestety, nie w tym przypadku. Cafe Littera bardzo sili się na zachodni fine dining, czy raczej swoje wyobrażenie na ten temat. Serwowane dania to jednak klasyczny przerost formy nad treścią – poprawne, ale nic ponad to, a podawane i wyceniane, jakby miały się ukazać w kolejnym sezonie Chef’s Table…

Wisienką na tym dość zjełczałym torcie jest fakt, że w Cafe Littera nie spotkaliśmy żadnego Gruzina, wszyscy goście byli turystami i to pod nich chyba ten cały koncept pt. „Zobaczcie, Gruzini też potrafią w fancy kulinaria!” jest skrojony. Prawda jest jednak taka, że kuchnia gruzińska jest tak smaczna i bogata, że nie musi się przebierać w zachodnie fatałaszki, żeby wzbudzić zainteresowanie.

Gdzie zjeść w Kutaisi?

Chociaż Tbilisi i okolice nakarmiły nas naprawdę dobrze, to prawdziwe kulinarne objawienie przeżyliśmy w Kutaisi, mieście, które ma do zaoferowania dużo mniej niż stolica, ale warto się w nim zatrzymać dla Cafe Tiflisi. Klimat lekko retro, menu bardzo obszerne, co zazwyczaj nie zwiastuje niczego dobrego, ale nie w tym przypadku. Po przepysznej zupie matsoni, przypominającej ogórkowy chłodnik, i największym khachapuri jakie do tej pory widziałam, wiedzieliśmy, że następnego dnia musimy wrócić i spróbować kolejnych dań – i była to jedna z lepszych decyzji tego wyjazdu! Dwa słowa: salad tavaduri. Jabłka, buraki, rodzynki, odrobina kwaśnej śmietany i do tego pokrojone w paski suszone śliwki. Bezdyskusyjnie najsmaczniejsze danie tego wyjazdu, proste smaki, ale idealnie połączone – po prostu pyszne!

Oczywiście opisane miejsca to tylko nasz subiektywny wybór – kilka adresów zostawiliśmy na następny wyjazd, a o wielu pewnie nie mamy pojęcia, więc z chęcią przyjmiemy Wasze wrażenia, polecenia i sugestie gdzie warto zjeść w Gruzji!

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.